Zwykłe zjawisko astronomiczne, trzy ciała niebieskie w jednej linii. Bardzo częste w skali kosmosu, bardzo rzadkie dla człowieka. W dawnych czasach budziło trwogę, obecnie ludzie przemierzali setki kilometrów tylko dla dwóch minut. Starożytni oczekiwali czy Słońce wychyli się znów zza Księżyca, dla współczesnych zaś ta chwila stanowiła rozczarowujący koniec spektaklu. Jedyne co się nie zmieniło to fakt, że miliony ludzi na kilka minut zamarło z uniesionymi głowami.
Na wakacyjny wyjazd pod roboczą nazwą "Mensa Polska Sun-Eclipse Expedition 1999 Bratislava-Komarno-Budapest-Szeged" :) wyruszyliśmy z Krakowa grupą czterech osób. Pierwszym celem była stolica naszego południowego sąsiada. Ze zdobyciem noclegów na miejscu nie ma żadnych problemów, my zatrzymaliśmy się w wakacyjnym schronisku Nesporak (ul. Svoradova 13), położonym dwie przecznice od zamku. Ceny są bardzo przystępne, poniżej 20 złotych za nocleg za osobę.
Nazwa 'Bratysława' została nadana dopiero w XX wieku, na pamiątkę ostatniego władcy Państwa Wielkomorawskiego. Centrum starego miasta jest typowe dla miasta średniowiecznego, z labiryntem uliczek, Katedrą, Ratuszem i Rynkiem. Krok dalej trafia się na ruchliwe ulice rosnącej metropolii. Wydaje się, że wbrew pozorom era Mecziara nie stanowiła dla Bratysławy złego okresu, biorąc pod uwagę li tylko wygląd miasta. Stare Miasto błyszczy odnowionymi budynkami, po ulicach jeżdżą luksusowe samochody, wokół świecą neony reklamujące światowe koncerny, a w dzielnicach willowych powstają piękne nowe domy. Pytanie oczywiście brzmi, kto jest beneficjantem istniejącego wcześniej porządku prawnopolitycznego. Drugie zaś oblicze miasta, to typowe 'demoludowe' osiedla z wielkiej płyty oraz, co jest zdecydowanie najbardziej przygnębiające, znajdujący się na terenie miasta wielki zakład przemysłowy Slovnaftu, dymiący z licznych, acz niskich kominów. Poza tym, gdy przyjrzeć się dokładniej funkcjonującemu wolnemu rynkowi to dostrzeżemy, iż często niedopracowane są szczegóły, czasami bardzo drażniące. Najlepiej widać to w przypadku restauracji. Bardzo dobrą pizzę zjeść można w pizzerii "Umag", ul. Zilinska 2, niemniej jednak zamiast zamówionej herbaty z cytryną nieodmiennie otrzyma się herbatę owocową. W ogóle zwyczaj picia czarnej herbaty, któremu hołduję ja i zapewne znaczna część Polaków, na Słowacji jest nierozumiany. O to, aby podany 'caj' nie był owocowy, należy się upominać i liczyć z tym, że czarnej herbaty może po prostu nie być. Całkiem sympatyczny jest lokal 'Krokodyl' (ogródek i piwnica), z licznymi ozdobami prezentującymi tego groźnego zwierza. Niestety, nastrój psuje rura wentylacji biegnąca pod niskim sufitem, kojarząca się nieodmiennie z "Mission: Impossible." Oczywiście, nie chciałbym tego typu zjawisk demonizować. Słowacja to przede wszystkim kraj szalenie sympatycznych ludzi, pozytywnie nastawionych względem Polaków. Zwiedzając muzea możemy liczyć na pogawędkę z pracownikami, czy też prosić o wyjaśnienia dotyczące eksponatów. Na ulicach miasta panowie na pewno będą zadowoleni z licznych 'dróg na Ostrołękę'.
Na zwiedzanie Bratysławy wystarczające są trzy dni. Nie będę tu jednak przepisywał przewodników, a jedynie wskażę ciekawe miejsca, do których warto dotrzeć. I tylko jeszcze uwaga techniczna - centrum miasta nie jest duże, najwygodniejszym środkiem transportu są własne nogi, nie ma potrzeby korzystania z komunikacji miejskiej. Wizytę w mieście najlepiej rozpocząć od wyprawy na Zamek. Znajduje się w nim wystawa rzemiosła i sztuki użytkowej, ekspozycja zegarów oraz skarbiec, pozostałą część budynku zajmują urzędy Republiki. Z wieży roztacza się panorama na miasto (choć niestety brak jest tarasu widokowego). Ponadto, z dziedzińca możemy przejść do studni. Ładny widok na miasto 'z lotu ptaka' rozpościera się także z restauracji na szczycie filaru mostu SNP - ja jednak ją odradzam, gdyż obsługa jest bardzo złośliwa i niegrzeczna w stosunku do Polaków. Polecam natomiast wyjście na taras widokowy wieży Michalskiej, w której ponadto obejrzeć możemy zbiory broni, a pracownicy są szczególnie chętni do rozmowy. Będąc już w obrębie starego miasta, odwiedzić należy Katedrę ¦w. Marcina i przejść na rynek (Hlavne Namestie). Przy rynku znajduje się Ratusz, z wieży którego w tym roku koncertowała orkiestra, zbierając brawa turystów. W budynkach Ratusza mieści się szczególnie godne polecenie Muzeum Historii Miasta. Z drugiej strony Ratusza, niż rynek, leży plac Prymasowski (Primacialne Namestie), a Pałac Prymasowski również możemy zwiedzić (w Sali Lustrzanej podpisano pokój preszburski po bitwie pod Austerlitz). Poza centrum Starego Miasta polecam obejrzenie pałacu prezydenckiego (Hodzove namestie czy tez Mierove namestie), jego ogrodów, a następnie placu Wolności (namestie Slobody) naprzeciw parlamentu. Prawnicy być może podejdą, aby obejrzeć Pałac Sprawiedliwości (Justicny palac) przy ulicy Mickiewicza, a krok dalej leży ulica Polska. Dłuższy spacer czeka nas, jeśli wybierzemy się na wzgórze Slavin, na którym zlokalizowany jest cmentarz wraz z kolosalnym pomnikiem Slavin (wdzięczności Armii Czerwonej), widocznym praktycznie z każdego miejsca w mieście. Idąc dalej przez willową dzielnicę trafiamy do trochę dzikiego Horskyego parku. Wróciwszy nad Dunaj - na jego drugim brzegu leży park Janka Krala, z małym Lunaparkiem. Dalej zaś wyrasta typowe socjalistyczne osiedle Petrzalka. Nad Dunajem ponadto znajduje się Słowacka Galeria Narodowa i Słowackie Muzeum Narodowe. Co więcej, z portu żeglugi rzecznej możemy ruszyć na wyprawy statkiem; zarówno spacerowe, jak i dłuższe - do Wiednia i Budapesztu. W bilety jednak należy zaopatrzyć się wcześniej.
Oczywiście, lista powyższa nie wyczerpuje wszystkich ciekawych obiektów, polecam spacer uliczkami Bratysławy i odkrywanie jej osobiście.
Nasza wyprawa oprócz zwiedzania miasta za cel postawiła sobie także rozwijanie kontaktów z Mensanami. W Bratysławie spotkaliśmy się z silną reprezentacją, zarówno oficjalną (prezes Mensy Słowackiej Vladko, skarbnik Igor, prezes Zarządu GR Bratysława Richard), jak i nieoficjalną - 'zwykłymi' członkami Mensy. Bardzo miło spędziliśmy wieczór w jednej z winiarni, wręczając przywieziony prezent, a następnie dyskutując przede wszystkim na temat 'uplnego zatmenia Slnka', oraz odnośnie innych kwestii. Oczywiście, bariera językowa nie istniała, każdy używał swojego języka ojczystego i rozumieliśmy się doskonale. Trzeba tylko pamiętać o kilku słowach, które mają odmienne znaczenie w języku słowackim, niż w polskim.
Pożegnawszy się z Mensanami, ruszyliśmy do drugiego punktu podróży - do Komarna.
Komarno leży nad Dunajem pomiędzy Bratysławą a Budapesztem. Miasto posiada długą historię - tutaj w miejscu osady celtyckiej założony został rzymski obóz Brigetio w I wieku naszej ery. Znaczenie militarne wynika z usytuowania miasta, położonego w rozwidleniu Dunaju i rzeki Wag. Obecnie można obejrzeć rzymskie lapidarium (sarkofagi, ołtarze, figury itp.) umieszczone właśnie w fortecy, tj. Bastionie szóstym. Niestety, główna część fortecy zajmowana jest przez wojsko, a więc nie ma możliwości jej zwiedzenia. Szczególną uwagę warto zwrócić zaś na kościoły Komarna. W mieście 40-tysięcznym znajdują się kościoły katolickie, kościół ewangelicko-augsburski, ewangelicko-reformowany, cerkiew prawosławna oraz synagoga. Wskazuje to na charakter tego miasta, reklamowanego obecnie jako 'skrzyżowanie dróg w Europie Centralnej' (czy też 'w sercu Europy'). W mieście powstaje teraz Plac Europy (www.europeplace.komarno.com), wokół którego budowane jest kilkadziesiąt kamienic nawiązujących stylami do poszczególnych państw naszego kontynentu. Oczywiście i dla Polski jest tam miejsce. Komarno jest ponadto miastem rodzinnym kilku sławnych postaci, na pierwszym miejscu wymieniany jest Franz Lehar.
Jako bazę wypadową przyjęliśmy Hotel Panorama, na dobrym poziomie z przystępnymi cenami. Dużo droższy jest Hotel Europa, lecz różnica ceny nie znajduje odzwierciedlenia w standardzie. Po przybyciu, wieczorem spotkaliśmy się z Mensanami. Honory gospodarza pełniła Betka, sekretarz Zarządu GR Komarno, w miejsce nieobecnego prezesa Petera. Oprócz Betki przybyły zarówno osoby, które poznałem już w maju oraz rok wcześniej, m.in. Krystyna, Ewa i Tomasz (nomen omen) Krakovsky, jak i Mensanki i Mensanie jeszcze nam nie znani. Wspólnie udaliśmy się do restauracji poświęconej wspomnianemu kompozytorowi Leharowi. Trzeba dodać, że usiedliśmy pod fortepianem... zawieszonym przy suficie! Jak czytamy w encyklopedii, Lehar był 'kompozytorem węgierskim'. Południe obecnej Słowacji posiada znaczną mniejszość węgierską, zamieszkującą pas szerokości do kilkunastu kilometrów wzdłuż Dunaju. Na terenach tych np. nazwy miejscowości podawane są w obu językach, sklepy noszą węgierskie nazwy, a i język węgierski słyszy się częściej niż słowacki. Istnieją szkoły uczące po węgiersku, a mieszkańcy najczęściej równie sprawnie posługują się oboma językami. Wśród Polaków, obywateli państwa jednolitego narodowościowo, w pierwszej chwili budzi to zaskoczenie, dopiero po chwili namysłu dojść można do wniosku, iż ta jednolitość w Polsce jest wyjątkiem na mapie Europy.
Rano obudziły nas odgłosy rozgrywanego na placu przed hotelem turnieju siatkówki plażowej. Wyjątkowo nie występowała w nim mensanska drużyna siatkówki, Mensanie startowali indywidualnie licząc na przychylność sędziego - Mensanina. Ruszyliśmy następnie na spacer po Komarnie, oprowadzani przez Betkę, zwiedziliśmy wspomniane wcześniej obiekty.
Kończąc krótką wizytę w gościnnym Komarnie, przekroczyliśmy Dunaj wjeżdżając do węgierskiego miasta Komarom. Już na granicy doświadczyliśmy czekającej nas dopiero gorączki 'zaćmieniowej' - wzdłuż kolejki samochodów oferowano do sprzedaży specjalne okulary. W Budapeszcie zobaczymy jeszcze okulary takie dodawane do dezodorantów, płyt CD wydanych specjalnie z muzyką na zaćmienie, a także plakaty zaćmieniowych dyskotek czy też motyw Słońca na reklamach różnych produktów. Wjeżdżaliśmy na Węgry pouczeni przez Agnes, która odwiedziła Kraków w lipcu, iż nie należy używać następujących zwrotów: 'coś do picia', 'ul. Focha', i co najważniejsze - mówi się 'Seged', a nigdy 'Szeged'. Ewentualna pomyłka, np. odpowiedĽ celnikowi: 'do Szegedu', mogły nas drogo kosztować. Około 500 metrów po opuszczeniu miasta doświadczyliśmy tradycyjnej gościnności węgierskiej policji względem Polaków. Dlatego pozwolę sobie ostrzec ewentualnych zmotoryzowanych - przez cały rok jeĽdzi się z włączonymi światłami, ponadto, jeśli jedzie się cudzym autem bez jego właściciela należy mieć zaświadczenie wydawane przez PZMot. Wiedzieliśmy wcześniej o tym drugim, niestety nie o światłach. Szczególnie denerwujący jest fakt, iż tylko Polacy płacą mandaty, 'Europejczycy zachodni' zostają jedynie pouczeni.
Budapeszt znany jest jako miasto o dużym ruchu ulicznym i miejsce niebezpieczne dla samochodów (kradzieże). Dlatego auto najlepiej zostawić na parkingu strzeżonym a samemu korzystać z komunikacji miejskiej (można kupić kartę ważną na wszystkich liniach na okres kilku dni). W Budapeszcie mieliśmy zarezerwowane miejsca w domu studenckim na ulicy Dombovari 3, dosyć tanie (80 złotych za trzy noclegi). Tam też zgodnie z planem spotkaliśmy Darię z Katowic, która od tej pory stała się naszą towarzyszką na dobre (nocna gra w karty do 4 nad ranem) i na złe (przemoczeni przez deszcz krążący wieczorem po mieście w poszukiwaniu suchego miejsca).
Pozwolę sobie pominąć omawianie ciekawych miejsc w Budapeszcie, gdyż miasto to jest rozległe i obiektów takich jest znaczna ilość. Oprócz centrum Budy - wzgórza zamkowego oraz śródmieścia Pesztu stałym miejscem wypraw wycieczek jest Cytadela, Parlament czy też wyspa Małgorzaty. Duże wrażenie robi na przybyszach Dunaj i jego liczne mosty. Wszyscy też, choć do tego nie wypada się przyznać, ruszają do wesołego miasteczka (tu polecam Sombrerro). My trafiliśmy jeszcze do jaskiń Matyas-hegy. Koniecznie należy też odbyć spacer 'Budapest by night' bulwarami nad Dunajem - oświetlone mosty i wzgórze zamkowe tworzą szczególny nastrój. Miasto to tętni życiem, liczne są puby i ogródki kawiarniane. Jednakże wystarczy zejść z głównego deptaka, Vaci utca o jedną przecznicę, i trafia się na pustą brudną ulicę, jak w każdym wielkim mieście.
Choć wiem, że jest to bardzo subiektywne, to ja jednak zdecydowanie lepiej czuję się w Bratysławie; Budapeszt jest przytłaczający, Bratysława przytulna. Może to jest też kwestia otwartości ludzi, lub też, aby nikogo nie urazić - tego, na ile ich poznałem. Faktem jest jednak to, że Polacy są lepiej traktowani przez Słowaków, na Węgrzech odczuć można pewną niechęć. Daje też o sobie znać bariera językowa, i choć większość młodych ludzi dobrze mówi po angielsku, o tyle osoby w średnim wieku automatycznie wolą niemiecki. Sądzę też, że Polacy nie zdają sobie sprawy z tego, iż za naszą południową granicą język polski jest stosunkowo popularny. O ile znam kilku Słowaków oraz dwoje Węgrów, którzy uczyli się bądź uczą polskiego, o tyle - nikogo w Polsce kto poznaje węgierski lub słowacki.
W Budapeszcie zalecam ostrożność w wyborze restauracji i innych lokali - przed wejściem należy sprawdzić menu, a raczej ceny. W jednej z restauracji spotkaliśmy się z Gaborem i miejscowymi Mensanami. Otrzymawszy dokładne wskazówki, następnego dnia ruszyliśmy do ostatniego punktu na mapie naszej wędrówki.
Obóz zaćmieniowy zlokalizowany został ok. 10 kilometrów na północ od Szegedu, w samym centrum pasa zaćmienia. Po przybyciu wieczorem, na miejscu spotkaliśmy także Mensan z Komarna oraz troje Jugosłowian. Po obejrzeniu i wysłuchaniu wykładu o czekającym nas zjawisku, zaczęło się powolne odliczanie godzin do zaćmienia, które zaplanowaliśmy na wczesne popołudnie następnego dnia. Byliśmy spokojni o dobrą pogodę, okolice Szegedu wskazywano jako najpewniejsze pod tym względem miejsce w Europie (pomijając Jugosławię i Rumunię). Nikt jeszcze nie podejrzewał problemów, gdy wieczorem nad horyzontem pokaz rozpoczęły błyskawice. Ot, pogrzmi i przejdzie. W nocy jednak przyszła ulewa, a nad ranem ujrzeliśmy niebo całkowicie zasnute białymi chmurami.
Chociaż pogoda nie dopisała, to zachowaliśmy dobry humor i wbrew wszelkim oznakom liczyliśmy wciąż na fascynujące zjawisko. Gdy Księżyc rozpoczął swój powolny marsz przed tarczą słoneczną, także i chmury rozsunęły się na boki. Wszyscy przygotowywali ławki, leżaki, krzesła, karimaty i aparaty fotograficzne. Stała była jednak obawa, czy wiatr nie pomiesza nam szyków.
Dzięki teleskopowi śledziliśmy na bieżąco postępy naszego satelity. Wreszcie mogliśmy też wypróbować specjalne okulary. Pochód Księżyca przed Słońcem trwał dłuższy czas, powoli zaczynało się ochładzać. Atmosfera gęstniała, w pewnym momencie ktoś załączył płytę Pink Floyd "Dark Side of The Moon". Z czasem zapomnieliśmy o chmurach, spoglądając za to coraz częściej na zegarki, jak długo jeszcze? Emocje narastały, muzyka niosła się wśród ludzi zadzierających głowy do nieba, widzieliśmy zmieniający się kolor nieba, zbliżającą się do nas 'strefę mroku'; w końcu, co do sekundy, błysnął 'diament' pierścionka, i zapłonęła słoneczna korona... Spontanicznie zerwała się burza oklasków i okrzyki zachwytu...
Kto zdobył się na oderwanie wzroku od magicznego zjawiska, mógł zauważyć, że niebo nad horyzontem przybrało pomarańczową barwę, tak jak podczas zachodu Słońca, ale - wszędzie wokół nas. Po minucie przypomniały o sobie inne siły natury, wiatr i woda; chmury zasłoniły Słońce lecz wszyscy trwali, wpatrując się hipnotyzująco, jakby mogli siłą umysłu sprawić, że rozstąpią się one dając jeszcze choć na ułamek sekundy możliwość ujrzenia niepowtarzalnego widoku. Widoku, który nie każdy ma okazję w swoim życiu zobaczyć; zjawiska, które uprzytamnia nam, że Ziemia jest cząstką kosmosu; zjawiska pozwalającego dostrzec to co na co dzień niedostrzegalne - słoneczną koronę; przeżyć niepowtarzalne chwile, podczas których czas jakby zatrzymywał się w miejscu.
W końcu jednak każdy czar pryska.
Gdy człowiek widział całkowite zaćmienie Słońca, to stracił później zainteresowanie dla Księżyca uciekającego sprzed słonecznej tarczy, i wszyscy uczestnicy spektaklu pod kilkudziesięcioprocentowym Słońcem zjedli obiad. My zaś udaliśmy się do Gabora, dzięki którego pomocy udało się nasz wyjazd zrealizować, z reklamacją. Zastrzeżenia nasze budził przede wszystkim fakt, iż cały pokaz trwał zbyt krótko i został brutalnie przerwany przez chmury, wyraziliśmy też nadzieję, iż następnym razem będzie lepiej. Gabor solennie nam to obiecał, a my odwzajemniliśmy się tradycyjnym prezentem - albumem prezentującym najpiękniejsze zakątki Polski.
Po czym ruszyliśmy w drogę powrotną.
Michał Sowa





