Walne Zebranie (Vseobecne zhromazdenie) Mensy Słowackiej w Patincach.
Czterodniowe spotkanie przygotowane przez Słowaków przy okazji Walnego Zebrania odbyło się w uzdrowiskowej miejscowości Patince, niedaleko Komarna nad Dunajem. Główni organizatorzy, Alżbeta i Peter, spisali się na medal.
Zaproszeni goście dopisali, oprócz Słowaków przybyli Mensanie i Mensanki z Czech, Węgier, Austrii i Polski. Honorowym gościem był dr Lancelot Lionel Ware z Anglii, który to w 1946 roku założył Mensę.
Podstawową refleksją nasuwającą się po wizycie na Słowacji jest to, iż Mensie jest tylko pretekstem, umożliwiającym spotkanie się przyjaciół i świetną zabawę w pogodnej, rodzinnej atmosferze. Słowem, które najlepiej opisuje sobotnie, najważniejsze popołudnie, jest 'piknik'. Ale po kolei.
Jednym z drobiazgów, które miały jednak duże znaczenie w zapoznawaniu się z nieznajomymi Mensanami były identyfikatory. Każdy, nawet prezes Mensy Słowackiej, paradował z przyczepioną karteczką z imieniem, nazwiskiem i miastem, z którego pochodzi. Coś, co wydawać się może śmieszne, staje się normą jeśli wszyscy się do tego zwyczaju stosują. Wbrew pozorom bardzo ułatwiało to kontakty z ludźmi, których widzi się po raz pierwszy w życiu.
Plan dnia na piątek został trochę zachwiany ze względu na 'niesprzyjające warunki atmosferyczne'. Przedpołudnie umożliwiło uprawianie słodkiego lenistwa. Słowacy w tym czasie rozgrywali mini turniej Scrabble, którego zwycięzca, Igor, otrzymał w nagrodę zegarek. Również i my wystąpiliśmy w kategorii 'freestyle' tj. słowackimi literami po angielsku. Byliśmy w pierwszej trójce (na trzech grających). :) Popołudnie natomiast stało pod znakiem konkursów typu słowno-intelektualnych. Pierwsza konkurencja to 'dobierz trzecie słowo', np. 'złoto, srebro i ?', 'Marx, Engels i ?' (tu zapewniam, że nie chodziło o Jelcyna), a z trudniejszych 'citus, altius i ?'. Druga, to zagadki wymagające bądź wiedzy, bądź dostrzeżenie haczyka, np. 'wymień kraje graniczące z Brazylią', czy 'ilu króli (królowych) było koronowanych w Anglii od najazdu Normanów'. W pierwszym z konkursów reprezentant Polski zajął trzecie miejsce.
Po tych rozrywkach intelektualnych przyszedł czas na mniej intelektualne. Najpierw jednak, jako przybysze z daleka, zapragnęliśmy zobaczyć Dunaj, zaprowadzić nas tam zaofiarowały się Jana i Ewa, po drodze jeszcze zabraliśmy Richarda. Niestety, okazało się iż zachód Słońca (który chciałem sfotografować) nie rozgrywa się nad Dunajem, a wręcz przeciwnie. Sądzę, iż z tego powodu moje motywy wydać się Słowakom musiały dosyć dziwne - 'zdjęcia teraz, rano będzie lepiej widać?' Po powrocie zaś najpierw zostaliśmy poczęstowani pieczonymi pstrągami. Następnie pieczonym prosiakiem. Wszystko przy akompaniamencie lanego Złotego Bażanta. Później jeszcze przyszła pora na ognisko, gdzie mogłem przysłuchiwać się słowackim piosenkom. Niestety, ze względu na niedostatki wokalu nie mogłem się zrewanżować.
W sobotę - wybory, zarówno prezydenta Słowacji jak i Zarządu Mensy Słowackiej, a także IBD. Przedpołudnie, to jednocześnie Walne Zebranie Mensy Słowackiej. Po obiedzie zaś przyszła pora na wspomniany 'piknik' o nazwie 'Bostopa'. Skąd taka nazwa? Ano od 'Boyard', ponieważ konkurencje były łatwiejsze, więc i nie jard, a tylko stopa. Wszyscy chętni zostali podzieleni na pięć zespołów, które następnie wykazywały się wiedzą o sławnych postaciach. M.in. o Aleksandrze Wielkim - rozsupłując węzły, o Ciołkowskim - puszczając baloniki, o Billu Gatesie - rzucając twardym dyskiem do celu, czy też o Kolumbie - rzucając (to łatwe) i łapiąc (to trudniej) surowe jajko. Były i inne, ale ich nie wymienię. Niech nieobecni żałują, że się na Słowację nie wybrali. Poza konkurencją można było pochodzić, pardon, spróbować chodzić na szczudłach (pozdrowienia dla Janki :)).
Wieczorem, po rozdaniu nagród w dotychczas rozegranych konkurencjach, przyszła pora na przyjęcie - szwedzkie stoły, sałatki, pasztety, wędliny, słodkości itp. Po godzinie 22.00 wszyscy oglądali w telewizji studio wyborcze, po czym nastrój zdecydowanie się poprawił i rozluźnił. Nie będę opisywał wszystkich atrakcji, dość powiedzieć że graliśmy np. w 'kolanka', 'dog & cat', Mafię, a następnie w 'Kalambury' po angielsku, tak gdzieś do godz. 4.00. O siódmej wstaliśmy na śniadanie, po czym powoli ruszyli w podróż powrotną do Polski, skrzętnie zapisując adresy nowych przyjaciółek i przyjaciół, mówiąc wszystkim 'do zobaczenia za rok'.
Bo tu naprawdę nie chodzi o to, że był to wyjazd Mensy. Chodzi o to, że poznać mogliśmy (i każdy chętny może w przyszłym roku!) szereg wspaniałych ludzi, z którymi można spędzić czas doskonale się bawiąc. I po to właśnie jest Mensa.
Michał Sowa





