Parę słów do nieobecnych Mensan o przebiegu Walnego i nie tylko.
Zacznę może od tego, że najnudniejsza w czterodniowym pobycie w Lądku Zdroju była sobota - czyli samo Walne. Ale, ab ovo.
Przyjechaliśmy w czwartek, na tyle wczesnym popołudniem, aby jeszcze obejrzeć sam Lądek - rynek i jakiś pomnik (przypominający trochę wiedeński wystawiony "z okazji zarazy"). Co chwilę można było trafić na małe grupki podejrzliwie przyglądających się innym osób - "czy oni to też ci inteligentni?". Udało nam się zachować incognito z prostej przyczyny - nikt z nas (gdy piszę "nas", mam na myśli cztery osoby wraz z którymi przybyłem z Krakowa) nie był w Pokrzywnej i praktycznie nikogo nie znaliśmy. Sytuacja zmieniła się na "wieczorku zapoznawczym", poprowadzonym brawurowo przez Prezesa. Przywoływał (wieczorek, nie Prezes) wspomnienia kolonii itp., ale był skuteczny. Ja zapamiętałem przynajmniej kilku prawników, lekarzy i informatyków. W zasadzie inne profesje znajdowały się w odwrocie. Najliczniejsza była chyba reprezentacja Warszawy, sporo osób było z szeroko rozumianych Katowic, Krakowa i Wrocławia, a także przedstawiciele Bydgoszczy i Gdańska. Po zamknięciu lokalu o nazwie "Sielanka", zabawa przeniosła się do "naszego" budynku (o nazwie "Placówka"). Cały ośrodek był zajęty przez Mensan (kilkoro nawet się nie zmieściło), a więc nikomu nie przeszkadzaliśmy do trzeciej (chyba, że osobom przybyłym z dziećmi).
Następnego dnia po śniadaniu (posiłki wykazywały mieszane cechy kuchni azjatyckiej i afrykańskiej - takie niedobre, jak w azjatyckiej i tak mało, jak w afrykańskiej) przyszedł czas na "wolne zajęcia". Część osób poszła w góry, a część wybrała się do Kłodzka. W Kłodzku obejrzeliśmy twierdzę, dobrą chwilę "błądziliśmy" w chodnikach minerskich - w najwęższym miejscu miały 50 cm szerokości i 85 cm wysokości. Następnie pod przewodnictwem Naczelnego Gadatliwego Głodomora Mensy Polskiej ruszyliśmy na polowanie na restaurację. Trafiona przez nas to "Wilczy Dół". Jako smutną ciekawostkę mogę podać, że w powodzi została zalana, podobnie jak znaczna część miasta.
Wieczorem ponownie udaliśmy się do "Sielanki". Wieczór ten przejdzie do historii jako rozwiązywanie zagadnienia - jak z czterech plastikowych talerzy, dwóch listewek, gumy, drutu, sznurka i tym podobnych bezsensownych rzeczy zrobić pojazd, który zajedzie najdalej.
Podczas, gdy umysły ścisłe usiłowały rozwiązać kwestie zawieszenia, konstrukcji ramy, smarowania osi (piwem, deszczówką), przeniesienia napędu itp., to wygrał (zabrakło dla niego sali) pojazd humanistki. Sam pojazd składał się z jednej osi z kołami, gumy i listewki w poprzek osi. Jeździł, i to jak. Inne pojazdy albo w ogóle nie ruszyły, ewentualnie ruszyły i rozkraczyły się (jak drużyny Sów - zajął jednak pierwsze miejsce w klasie pojazdów trzykołowych i klasyfikacji drużyn trzyosobowych; cóż - była jedna taka drużyna i jeden taki pojazd, ale fakt pozostaje faktem). Generalnie jednak walka była ostra, funkcjonowało szpiegostwo przemysłowe i dywersja, przeprowadzano liczne próby drogowe na różnych nawierzchniach (jeśli pojazd nieoczekiwanie skręcił na ścianę - był crash-test). Cały konkurs to niewątpliwie świetna zabawa dla wszystkich, pomysłodawcy i prowodyrowi, a także sponsorowi - należą się brawa. jak głoszą plotki - następnym razem będziemy konstruowali pojazd latający. Zapewne w licznych ośrodkach mensańskich trwają już prace nad silnikami odrzutowymi o napędzie piwnym. Po wszystkim znów przenieśliśmy się do ośrodka, gdzie zakończyliśmy zabawę.
W sobotę przyszła pora na Walne.(...) Wieczorem, tradycyjnie, udaliśmy się do "Sielanki" (swoją drogą przez cały nasz pobyt pogoda była iście sielankowa - ciągle lało). Tu Zarząd trochę się odprężył i zatańczył macarenę. Przeżycie niezapomniane - dla widza (ponoć ktoś ma zdjęcia, ale nie chce się ujawnić). Po dłuższej niż we wcześniejsze wieczory zabawie, dłużej też to wszystko trwało po powrocie do budynku. Jako szofer poszedłem przespać się około trzeciej, a o siódmej obudził mnie kuzyn, pytając o kawę, bo (cytuję): "rozmawiam z fizykiem, już mi wytłumaczył o chaosie, teraz przejdziemy do fraktali". Czy jakoś tak. Tak więc, żałujcie nieobecni.
W niedzielny, dżdżysty poranek wybraliśmy się jeszcze na spacer do "Arboretum" - małego ogrodu botanicznego.
Po tym rozpoczęły się pożegnania i odjazdy, a VIII Walne Zebranie Mensy Polskiej w Lądku Zdroju przeszło do historii, o czym z reporterskiego obowiązku zawiadamiał MS.
Michał Sowa





