Weekendowe spotkanie w miejscowości leżącej w łańcuchu Małych Karpat przygotowane zostało przez bratysławską Grupę Regionalną. Większość przybyłych stanowili więc mieszkańcy słowackiej stolicy, ale dopisali też goście zagraniczni - czworo Austriaków ('prowadzonych' przez prezesa Rudiego Challupnera) oraz jeden Polak (czyli ja).
Pierwszą atrakcją spotkania było samo miejsce - zamek będący centrum kongresowym SAV (Słowackiej Akademii Nauk), niedostępny dla turystów. Najpierw przechodziło się przez bramę, następnie - dziedziniec ze spacerującymi pawiami, po czym przez drewnianą bramę upiększoną elementami z kutego żelaza wkraczało się 'na włości' SAV. We wnętrzach chwilami człowiek czuł się jak w muzeum - obrazy, lustra w złotych ramach, luksusowe meble.
Tu oczywiście, w przeciwieństwie do muzeum, można było na fotelach usiąść :) (NB. jadalnia była chyba wyższa niż dłuższa). To oczywiście są elementy 'formalne' jedynie upiększające wszelkie atrakcje przygotowane przez Mensan. Pierwszego wieczoru uczestniczyliśmy w prezentacji prowadzonej przez prezesa Mensy Słowackiej. Vladko Kovar korzystając z wyjazdu na posiedzenie IBD spędził w RPA około miesiąca, odwiedzając Pretorię, Durban, Port Elisabeth a kończąc podróż w Kapsztadzie. Oglądaliśmy więc przeźrocza słuchając opowieści Vladka, co pewien czas przerywanych aby pokazać najróżniejsze pamiątki, np. strusie jajo, złoto w buteleczce, rzeźbione drewniane maski. Szczególnie atrakcyjne były fotografie z parku safari dokumentujące spotkania z egzotycznymi zwierzętami. Za perfekcyjnie przygotowane i poprowadzone spotkanie Vladko otrzymał zasłużone brawa.
Następnego dnia przedpołudnie przeznaczone było na 'czas wolny', dlatego Austriacy oraz ja oprowadzani przez Richarda Paule, prezesa GR Bratysława, z wieży zamku podziwialiśmy widoki na okolicę a następnie udaliśmy się na spacer po tejże okolicy. Po obiedzie zaś przyszła pora na dalsze atrakcje. Najpierw było to 'slajdowisko' ze Szkocji oraz Północnej Irlandii.
Później, o godzinie piątej spotkaliśmy się na "five o'clocku". Miro Haring opowiadał o historii herbaty, jej rodzajach czy zasadach przygotowywania, a następnie wszyscy mogli skosztować kilku gatunków zaparzonych przez Zuzannę Haringową, przegryzając, nomen omen, herbatnikami. Ciąg dalszy popołudnia/wieczoru to tradycyjne gry zespołowe: trzy drużyny najpierw musiały uporać się z różnymi zagadkami i testami 'intelektualnymi' a następnie wyruszyły na poszukiwania skarbu ukrytego w zamku. Po jego znalezieniu (każda drużyna miała swój) mógł on zostać skonsumowany (składał się głównie z czekoladek:)). Gdy skarby zostały znalezione i zjedzone, przyszła pora na przyjęcie, z szampanem, tortem ozdobionym logo Mensy, szwedzkim stołem, gulaszem, sałatkami itp. Gdy Mensanie zmogli przygotowane zapasy, zabawa bynajmniej się nie skończyła. Jako że na spotkania Mensy Słowackiej przybywają całe rodziny wraz z dziećmi, dla nich przygotowano dalsze konkursy m.in. kręgle, slalom z piłeczką pingpongową na łyżeczce itp. Do części z konkurencji bezwstydnie włączały się także osoby kilka razy większe od najmniejszych uczestników, lecz dla takich prowadzono odrębną punktację. Zakończenie formalnych konkurencji nie przeszkodziło dzieciakom w dalszej aktywności, rzucaniu się piłkami czy gonieniu po korytarzach. Dorośli zostawili na środku sali sporo miejsca aby umożliwić naturalne wyładowanie dziecięcej energii, sami zaś przystąpili do tradycyjnego rozdawania nagród tak, aby każdy otrzymał jakiś prezent. Ja zostałem nagrodzony jako osoba, która przybyła z największej odległości. Ciąg dalszy wieczoru był typowy dla wyjazdów Mensanskich: część osób zgromadziła się wokół pianina i gitary, część grała w 'go', pozostali zaś toczyli najróżniejsze dysputy.
Trzeci dzień, niedziela, był też dniem ostatnim spotkania, a więc nie było nań przygotowanego oficjalnego programu. Odwiedziłem 'mensanski butik', w którym można było zaopatrzyć się w gadżety takie jak koszulki kilku rodzajów, a także czapeczki czy parasol. Po zakupach i obiedzie ruszyłem w podróż powrotną do Polski, trasę do Bratysławy pokonywałem wraz z Austriakami: Rudim, Doris, Lisą i Brigitte. Krótką podróż urozmaiciło nam wspólne śpiewanie m.in. '99 bottles of beer on the wall...' czy też 'Panie Janie' na cztery głosy w czterech językach (polski, niemiecki, angielski i francuski). Na pożegnanie powiedzieliśmy sobie: do zobaczenia wkrótce. Okazje będą z pewnością w przyszłym roku, okres maja i czerwca to czas Walnych Zebrań, dlatego chętnych na wyjazdy na Słowację lub do Austrii proszę o kontakt.
Michał Sowa





